Świąteczne chwile

Za nami wspaniały czas Świąt. Zapowiadały się marnie… owiane bólem nogi Tatowego co to chyba ma wstręt do Mechaników… albo gówniarzy z prawkiem kupionym za ziemniaki dodać do tego jęczy –bułę Adasia, który miał zapalenie dziąseł (na szczęście nie groźne dla innych nie zarażaliśmy) no wesoło nam nie było… a nastroje Świąteczne diabli wzięli.

Mimo wszystko wysprzątałam mieszkanie (tyle o ile… w noc przed Wigilią to pranie wieszałam a Tatowy rozkwitał na pogotowiu błagając o środki przeciwbólowe), uprasowałam odświętny biały obrus ( z sentymentalnym znaczeniem dla nas… jeden z prezentów Ślubnych od osoby ,której już z nami nie ma) postawiłam stroik na stole… upiekłam ciasto z tego co znalazłam w lodówce ( bo przecież była niemal pusta… miało nas nie być).

Wigilia zaczęła się od wspaniałych nastrojów dzieciaki rozrywały pudełka wyciągając coraz to inne zabawki… od wymarzonej Elsy po Kucyki Pony aż po Farmę, sanki czy 12 samochodów… było tego co nie miara a wszystko cieszy Dzieciaki bawili się (i bawią) na zmianę raz Wika autkami raz Adaś katuje śpiewający guziczek w Elsie… 

Popołudniem zjawili się u nas Babcia i Dziadek T z całym stosem jedzenia i innych pyszności. Nie byliśmy sami. Ktoś o nas pomyślał. Cieszyłam się jak szalona chociaż podświadomie chciałam wyjść do reszty rodziny… jak co roku.

Godzinę później zadzwonił dzwonek do drzwi… tam babcia K, ciocia Ż i Jula no i wujek K z pysznościami z opłatkiem… Łzy poleciały mi mimochodem. Moja rodzina, moja ukochana razem zemną tak jak marzyłam no i czego mogłam pragnąć więcej pod choinką?

Kolejnego dnia leniuchowaliśmy sobie nacieszając się prezentami, wieczorem zjawili się kolejni goście w odwiedziny u naszego Tatowego. Wierzcie mi ,ciepło robi się na sercu człowiekowi gdy komuś zależy na nas, gdy ktoś się martwi i troszczy (zwłaszcza w ten świąteczny czas).

     DRUGI dzień Świąt był dniem dla nas… Tatowy zdecydował że ma dosyć czterech ścian i ruszamy do babci K na kilka dni. Chciało się nam zwyczajnie towarzystwa bliskich.
Godziny pędziły jak szalone ,masa radości ,dobrego jedzenia, tysiące spojrzeń rany jak ja się dobrze czułam! Tego dnia miałam przy sobie wszystkich ,którzy mnie kochają od prababci H po ciocię M czy rodzeństwo męża. Wiedziałam że jestem we właściwym miejscu i właściwym czasie.
Chociaż zejście z 4 piętra z tobolami i ztachanie Tatowego + 2 ki dzieciaków było moim mega wyczynem to udało się!

    Najwspanialszy prezent jaki dostałam od życia to te Święta, moje dzieci i nocne rozmowy z Ż,Ł,M i K przy stole… tak jak większości wieczorów w lato…

CUDOWNE UCZUCIE wiedzieć że nie jest się samemu na tym Świecie.

Te święta nauczyły mnie pokory dla losu… nigdy nie wiesz co Ci przyniesie , szacunku dla zdrowia i jeszcze większej miłości dla mojej rodziny.


    Wielkimi krokami zamykamy ten ROK… co mi przyniesie? Jedno jest pewne… ZMIANY ale o tym w kolejnym wpisie…

p.s Nie mamy tony zdjęć.. i jakość też daje wiele do życzenia zwyczajnie nie było czasu na zdjęcia, nikt o tym nie pomyślał by uwiecznić te dni… zbyt byliśmy pochłonięci rozmową i sobą ale może właśnie o to chodzi? By być zwyczajnie razem a w swojej głowie zapamiętywać najwspanialsze chwile w życiu.









4 komentarze:

  1. bardzo przyjemny post. U nas też bardzo rodzinnie było tak jak i u was. pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zawsze jest tak jak sobie zaplanujemy, jak z góry założymy że będzie. Na szczęście w naszym życiu są osoby, które potrafią przestawić ten los z powrotem na właściwe tory :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. masz racjcę i za takie osoby tzeba dziękowac

      Usuń