Rutyna

Ostatnio mam wrażenie że popadłam  w jakąś rutynę, dni wyglądają podobnie i zaczynają się tak samo… Wstaje ogarniam dzieciaki, robię kawę i zasiadam do bloga potem mamy lawinę obowiązków jakie ma chyba każda z was: obiad, sprzątanie, pranie a w międzyczasie spacery, wycieczki, klocki ,zabawa w dom ,malowanie farbami…. I tak każdego dnia.  Mam wrażenie że siedzę w potrzasku jakieś klatce i niecierpliwie czekam na zwrot akcji… zmianę ,jakiś bodziec z zewnątrz coś drobnego, małego… cokolwiek co przerwie rutynę i drętwe oczekiwanie na zmiany. Ten rok nie był jakiś zły był dobry, normalny z radościami i troskami chyba jak wszędzie. Wszystko było umiarkowane ani źle ani dobrze… nijak. Jakoś tak utonęłam w tym „jakoś to będzie” i w czymś „pomiędzy” że przestałam chcieć więcej, a przecież mogę! W cale nie muszę godzić się na „jakoś” mogę chcieć by było LEPIEJ. Nic samo się nie zrobi, nic bez mojego wysiłku nie będzie a z marudzenia i siedzenia na tyłku marzenia się nie spełnią! Praca sama mnie nie znajdzie jeśli Ja nie zacznę odpowiednio jej szukać, może to dobry pomysł na zwiększenie kwalifikacji a może to ten czas kiedy powinnam wrócić do szkoły… na kierunek ,który zawsze chciałam skończyć. Dzieciaki są odpowiednio duże, Ida do przedszkola będzie mi łatwiej. Mam wrażenie że los daje mi pstryczka w nos by pokazać że łatwo nic nie przychodzi a ja sama docenię coś znacznie bardziej jeśli dojdę do tego sama i swoją ciężką pracą. Sukces jest posiłkiem dla wytrwałych ,tych dążących do celu a nie dla tych co jedynie mówią „oj chciałabym… ale się boję” …. Mnie strach już nie zablokuje, plan trzeba zrealizować w czyn. Lubię tempo, musi się coś dziać bym wiedziała że żyję. Idealna praca dla mnie? Marketing uwielbiam sprzedawać, spotykać się z ludźmi, prowadzić negocjacje i szykować prezentacje… adrenalina jest dla mnie jak woda dla ryb… Zrozumiałam wreszcie że czas „bycia mamą w domu” dobiegł końca… chcę czegoś więcej i więcej… obowiązki zawodowe można pogodzić z tuleniem się z dziećmi. Dam radę. Wyjdę z rutyny … może już wyszłam bo zrozumiałam gdzie jest błąd. Użalałam się nad sobą, na los, na to co nas teraz spotyka i na te wszystkie kłody jakie mamy pod nogami… Zapomniałam totalnie o tym żeby doceniać tą codzienność te wszystkie uśmiechy, rozlane soki i mamo boli mnie paluszek… Zapomniałam o tym że mam cholerne szczęście, zdrowe dzieciaki, fajnego i mega zaradnego męża i wystarczy tylko bym w siebie uwierzyła… i zaczęła działać… a będzie DOBRZE!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz