Mój czas.

Ostatnie dni owocowały nie tylko w mega słońce i tropiki. Czas przemyśleń moich…. Albo ich brak! Wiele się zmieniło i to na lepsze… odpuściłam sobie zamartwianie a co będzie za tydzień, miesiąc a co ja zrobię gdy… Ł powiedział mi jasno PRZESTAŃ! Nic nie jest wiadome do póki się nie stanie… to po co Ty się zamartwiasz? Wszystko będzie jasne… będziemy myśleć… a na razie ciesz się życiem i nie trać go na siedzenie w domu i płakanie w kącie. Faktycznie zamartwianie dało mi jedynie kolejne zmarszczki i siwe włosy a konkretów z tego żadnych.  Przyjęłam więc dawną postawę …optymisty nauczyłam się doceniać to co mam i odnajdywać plusy w sytuacji jakiej się znalazłam. Jak się dziś okazuje w cale nie złej! Nasza rodzinka ma się super wszyscy zdrowi w dobrych nastrojach a pogoda sprzyja do wypadów nad jezioro, za miasto czy wieczorem na lody. Dzieciaki grzeczne .ładnie się bawią ze sobą, Ja mogę z nimi (i przy nich ) wszystko zrobić, odpieluchowanie Adasia jak na razie jest pasmem sukcesów a dziś mamy za sobą pierwsza noc bez pampa i wpadki. Stresowałam się że nam się nie uda… tymczasem zwyczajnie Adaś dorósł do zmiany i nie jest to takie trudne jak myślałam .

Nasz URLOP zaczynamy dziś i mimo iż nie pokaże wam fotek z pięknych greckich plaż czy też naszych polskich a jedynie (lub aż jeśli chodzi o mnie) z pobytu na wsi u babci K ,to wiecie wcale mnie to nie smuci nic a nic! Jak się mówi coś za coś, rezygnacja z urlopu na rzecz czegoś co ucieszy nas bardziej i dłużej jest dla mnie lepszym wyjściem. Czasami tak w życiu jest by mieć coś z czegoś innego się rezygnuje (na każdym polu). Cieszyć się będę towarzystwem ludzi, których kocham bo to właśnie z nimi jestem szczęśliwa a miejsce? Jest tylko dodatkiem do wspaniałych chwil razem.

Przestałam też walczyć (nawet trochę sama ze sobą) o relacje ,które i tak wiem że nie przetrwają… z góry nie miały racji bytu a ja sobie wmawiałam że tym razem będzie inaczej, lepiej. Chyba już raczej nie… bo Ja sama nie Wielę zrobię, a jestem już zmęczona ciągłym zabieganiem ,udowadnianiem że jestem i można na mnie liczyć…. Każdy (nawet Ja) ma swoje granice… moje zostały osiągnięte. Zdałam sobie sprawę że ciągle to ja się pierwsza odzywałam, telefon-sms- wiadomości na fb a druga strona nigdy na to czasu nie miała (a może nie chciała go mieć) no cóż chyba pora bym przestała… odpuściła sobie raz a porządnie i poczekała aż ktoś zatęskni za mną i sam zechce mieć kontakt… O wszystkie relacje trzeba dbać, pielęgnować jak kwiaty … na siłę nic nie będzie a jedna strona nie zadba odpowiednio o wszystko sama.

Teraz jest mój czas, na to by powiedzieć dosyć sprawom ,na które się nie godzę. Czas na to by wyjść do świata rozejrzeć się wokoło i powiedzieć że dam radę spełniać swoje plany. Nie mam tu na myśli nie wiadomo czego… proste rzeczy ,które urosły w mojej głowie do rozmiarów nieosiągalnych. Zawsze bałam się zapuszczać autem dalej niż moje miasto i jego okolice jakie znam… no taki ze mnie kierowca… pojechałam do miasta oddalonego prawie o 100km… dojechałam przyjechałam no i Ja jak i auto mamy się super! Teraz czas na podbój stolicy …. Uda mi się bo w siebie wreszcie uwierzyłam! Nie jestem taka najgorsza, ostatnia… mam prawo głośno powiedzieć czego chcę! Zaczęłam od siebie wymagać a nie tylko inni robia a ja się boję….. od siebie chcę więcej i więcej motywuję się sama by bliscy byli ze mnie dumni (i są!) a inni ludzie? Chciałabym by po prostu docenili to że jestem (dla nich), docenili mój czas… a mnie samą tylko (lub aż) szanowali… nic więcej.


Czy uda mi się wytrwać, być na prostej i iść do przodu? No pewnie! Ł i Dzieciaki dają Powera do życia a ja gdy się zapomnę wrócę do tego tekstu… i będę już wiedziała że jestem znacznie więcej warta niż do tej pory ludzie mi wmawiali… To jest MÓJ CZAS i wykorzystam go dobrze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz