Wiktoria Małgorzata C.

Pięć lat wstecz w pewne wtorkowe popołudnie biegałam po szpitalnych korytarzach … z góry na dół a moja córeczka jak siedziała w brzuchu tak wyjść nie chciała.
Czekałam na nią i marzyłam o niej bardzo długo. Wszystko miałam zaplanowane idealnie od wózka, łóżeczka po ubranka i wszystkie możliwe dodatki. Moja ekscytacja sięgała zenitu do tego stopnia że chyba wszystkie składy kosmetyków dziecięcych znałam na pamięć jak tablicę Mendelejewa.
Całą ciąże studiowałam wszystkie możliwe poradniki dla mam, udzielałam się na forum dla mamusiek i godzinami wlepiałam się w zdjęcia usg.
Kiedy Ona wreszcie się urodzi??? Strasznie się niecierpliwiłam i chyba cała reszta rodziny też. Zwłaszcza dziadek D, który dzwonił do mnie każdego dnia po kilka razy z pytaniem „czy to już” dziadek bardzo chciał być przy porodzie i prawie się mu to udało.

Wtorkowa noc była inna niż wszystkie, brak snu a gdy tylko zamknęłam oczy śniły mi się głupoty… Miałam wrażenie jakbym nie miała już brzuszka ciążowego jedyne co miałam przed oczami to buzię mojej córki… i tak całą noc.

Rankiem wstałam wyjrzałam za okno mimo chłodu w ten marcowy dzień pięknie przebijało się słońce. Dziwne uczucie ustało a ja poczułam się dziwnie spokojna.  Przebrałam się w nową koszulę i czekałam grzecznie na obchód, śniadanie na cokolwiek…. Nie lubię tak siedzieć bezczynnie… Mój brzuch zaczął wariować ,tańczyć co najmniej jak Aborygeni wywołujący deszcz… Zaczęło padać… gdy odeszły mi wody prawie podskoczyłam ze szczęścia… jeszcze chwila i będziesz ze mną!
Spakowałam torbę i podreptałam do położnej, zadzwoniłam do Ł ,który ledwo co rozklejał oczy ,telefon do mamy i teściów … Wszyscy z prędkością światła dotarli na porodówkę. Ł dał znać znajomym i tak na poczekalni przed porodówką była całkiem spora ekipa. Jedni siedzieli i czekali cały czas inni przyjeżdżali i wracali a ja w tym wszystkim modliłam się by było wreszcie po…
Ł cierpliwie znosił moje” komplementy” ,krzyki i błagania o litość… 

Po kilku godzinach harmider na poczekalni ustał… i jedyne co było w tedy słychać to krzyk Wiktorii Małgorzaty C.

Wymęczona bólami krzyżowymi ale szczęśliwa tuliłam do serca 3550 gram szczęścia. Nagle człowiek zapomina o bólu, o tym wszystkim co nie do końca jest fajne i po prostu się cieszy!

W domu okazało się że te poradniki to było troszkę mało a ja tak naprawdę dopiero nauczę się co to znaczy opiekować się noworodkiem i być mamą. Z gotowej na wszystko i pewnej siebie stałam się  po prostu nową osobą MAMĄ.

Dni mijały szybko raz było super a raz martwiłam się o jedzenie Wiki a innym razem leżałyśmy tylko cały dzień wpatrzone w siebie.

Nasza WIKA jest ucieleśnieniem marzeń, dowodem na to że wszystko może się udać i spełnić… jest też wielką lekcją pokory dla mnie ,lekcją życia i żywym dowodem na to że nawet ja mogłam się zmienić…

Córka jest moim oczkiem w głowie, lekiem na smutek i strach – moim nowym i lepszym życiem.


Maleńka chciałabym by podłość i zło tego świata nigdy Cię nie dosięgło… pewnie nie uda mi się odgonić tego co złe od Ciebie ale gdy już coś się stanie będziemy na to razem gotowe. Nigdy Cię nie opuszczę i razem ramie w ramię będziemy szły przez życie. Nauczę Cię wszystkiego co potrafię i opowiem Ci  wszystkim co wiem i postaram się być dla Ciebie najlepszą mamą na świecie. TY bądź taka jaka jesteś niczego w życiu tak nie pragnę jak tego byś była po prostu szczęśliwa.













MAM 5 LAT <3



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz