Proste życie.

Weekendowe wypady z naszego miasta to coś co ratuje mnie od codzienności, niby też szykuje śniadanie mojej rodzince, zmywam naczynia tak jak w domu to jednak jest inaczej. Zawsze mam wrażenie że po tych kilku dniach na wsi zrzucam z siebie parę kilo niepotrzebnych zmartwień czy myśli a rozwiązania jakoś tak same się nasuwają.
Zawsze potrafiłam komuś coś doradzić, podpowiedzieć czego sama ze sobą zastosować nie potrafiłam a Ł śmiał się że mogłabym napisać podręcznik "jak radzić sobie z ludźmi albo jak odciąć się od toksycznych osób"  szkoda tylko że Ja utkwiłam na spisie treści.... Do nie dawna.
Nie wiem czy to jest wina jak Ł mówi "czasów" w jakich żyjemy czy to może ludzie po prostu w wyniku ewolucji zapomnieli o uczuciach albo też żadne więzi już sie nie liczą ... ważne jest to by utrzymać jakiś status życia a cała reszta pal licho... Chciał nie chciał prawo dżungli działa teraz najlepiej - wygrywa silniejszy i wcale nie mam tu na myśli siły fizycznej a przewagę psychiczną. Bo broń słowna potrafi wyrządzić znacznie większą krzywdę.
Ł jest człowiekiem stanowczym za co zawsze go podziwiałam, trzeźwo ocenia daną sytuację i robi to dość szybko przy czym ja zawsze analizuje ,rozmyślam i tak miesiąc może upłynąć...
Przez takie moje podejście często dostawałam po dupie, wrażliwiec w życiu ma gorzej niestety.
Ciężko mi było przestawić się na myślenie Ł, ale udało się. Traktuję ludzi tak samo jak oni traktują mnie nie więcej i nie mniej. Czy to super dobrze? Dziś powiem wam że nie wiem! ale... Jest mi lżej. Naprawdę, przestałam się zamartwiać , a co to ludzie powiedzą, a może znów mnie źle zrozumie , znów będzie afera, znów jakieś gierki podjazdowe na podteksty.... No koniec z tym.
Zaczęłam sprzątać swoje życie dla samej siebie, bo pewnie gdybym tego nie zrobiła długo bym tak nie pociągnęła.... Nerwica level hard, bezsenność, huśtawka nastrojów plus bardzo niskie poczucie własnej wartości.... byłam o krok od depresji. Udawałam sama przed sobą i resztą świata jak to sobie radzę z problemami i jak to mnie nic nie rusza... w efekcie zatraciłam się ...
Ł dał mi kopa do działania, oboje zaczęliśmy walczyć ze swoimi problemami i nazwaliśmy je głośno.
Ja wzięłam pod lupę ludzi jakimi się otaczam... Wnioski były zastraszające... bo większości nawet dobrze nie znałam czy lubiłam a pozwalałam im na wiele. Widzicie nikt nie ma prawa nas czy was krzywdzić i nie ma to znaczenia czy to wasz ojciec, brat, szwagierka, ciotka, babcia ,konkubent matki czy pseudo przyjaciółka. Wiem że znacznie trudniej jest odciąć więzy rodzinne ale wierzcie mi czasami tak jest znacznie lepiej, niż pozwalać komuś na krzywdzenie nas tylko po to bo jest to "rodzina" według mnie ta prawdziwa nie powinna zadawać bólu a wspierać... i w moim wypadku tak to teraz wygląda.
Słowa nabrały znacznie większej mocy nie nazywam rodziną od tak sobie kogoś, mówiąc to czuję więź do tej osoby, sympatię i szacunek i co najważniejsze ta osoba mnie też tak traktuje.
Z przyjaciółmi było tak samo , szczerze przed sobą powiedziałam co mi pasuje w danych ludziach a co nigdy nie. Grono zaufanych osób się uszczupliło ale czy ilość jest ważna? Nie absolutnie. Dziś spędzam czas, wygłupiam się jak nastolatka z ludźmi ,którzy są mi przychylni i ja im. Dla nas są niemal rodziną i wielokrotnie pokazali nam że jesteśmy dla nich ważni. Mieć taką paczkę znajomych to naprawdę wielki skarb w dzisiejszych czasach. Ja zamierzam dbać o te relację nie marnując już czasu dla ludzi, którzy mnie widzą gdy coś chcą.
Oczyściłam głowę i serce i mimo iż na początku miałam wyrzuty sumienia czy sentyment do pewnych osób, po czasie okazało się że wcale nie jest źle i nie brakuje mi ich.
Wszystko nagle się uspokoiło tak po prostu, problemy ? Jakie problemy, większość wcześniejszych była wyolbrzymiona a gdy odeszli ludzie je stwarzający przestałam się zamartwiać. Co prawda gdzieś tam nie wszystkie złe emocje zostały odcięte ale pracuję nad tym by się uwolnić i żyć do końca po swojemu.
Ł zauważył jedno, inną mnie. Dziewczynę z przed 13 lat, uśmiechnięta , radosną i spontaniczną. Między nami chyba nigdy nie było lepiej jak teraz, Ł jest moją wielką podporą ,towarzyszem smutku i radości ale przede wszystkim razem gramy na jednym froncie wspierając się wzajemnie. Wszystko to ma ogromny wpływ na dzieciaki i na nas jako rodzinki. Młodzi mają szczęśliwych rodziców i dzięki temu sami są szczęśliwi.
Możecie mi nie wierzyć ale gdy człowiek zrzuca z siebie ogromny ciężar, który przysłaniał wszystko, problemy które narastały czy toksyczne relacje nagle zaczyna dostrzegać to co go otacza i nawet ciepła kawa każdego dnia smakuje tak jakbyśmy pili ją pierwszy raz w życiu. Magia? nie to po prostu normalne i dobre życie z nauką doceniania tego co się ma.
JA mogę być bardzo wdzięczna losowi, Temu na górze za to że przeszłam w życiu to wszystko, ukształtowałam się na nowo. W życiu wiele mi nie wyszło, wiele spieprzyłam ale to co jest najcenniejsze mam przy sobie ,to z czego jestem dumna i o co zawsze będę walczyć to Dzieci i Ł dla nich mogę wszystko.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz